Zamyślenia z kościelnej ławy

Powrót do ...

Uczniowie są w Jerozolimie. Tam zmierzali ze swym mistrzem, aby przeżyć …. No właśnie, chyba jednak nie zdawali sobie sprawę z tego, co tak naprawdę miało się w tej Jerozolimie stać.  Apostołowie przeżywali trudne chwili, sponiewierani przez wyrzuty sumienia, że opuścili Jezusa, a Piotr dodatkowo borykający się z Jego zaparciem, przeświadczeniem zdrady. Wprawdzie Piotr i Jan widzieli pusty grób i poskładaną, ułożoną chustę, co oznacza „wrócę”, „nie skończyłem” być z wami. Ten znak daje do myślenia. Słyszą od kobiet polecenie Jezusa „niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą”. A Oni, ci wybrani Go nie widzieli. Posłuchali kobiet (mimo że to kobiety) i poszli do Galilei. Z Jerozolimy do Galilei kawał drogi. Czy szli tymi samymi ścieżkami którymi przybyli do Jerozolimy? To taka podróż sentymentalna, przypomnienie sobie co się wtedy działo, Co ON mówił, jakie gesty czynił. Możemy sobie to wyobrazić, bo przecież tak samo jest z nami. Jak ktoś bliski nam umrze to też oczekując na pochówek, a jak się rodzina zjedzie na pogrzeb, a potem na stypie odbywamy taką podróż w czasie z tym którego już wśród nas nie ma. Otwieramy album ze zdjęciami, patrzymy na przedmioty które tak były blisko związane z tym który odszedł. Opowiadamy zdarzenia z wspólnego życia. Czasami żałujemy utraconego czasu, odkrywamy, że ten ktoś mówił do nas o ważnych sprawach, które wtedy nam się wydawały małe, śmieszne, niedorzeczne. W tej chwili uczniowie Jezusa, musieli wrócić do siebie, przebyć tą drogę do domu, aby móc zauważyć więcej niż wtedy, gdy nią szli, gdy byli z Jezusem. Wyobrażam sobie jak wracają do studni w Samarii, jak widzą uzdrowienia trędowatego i wiele miejsc, gdzie Jezus działał cuda. Powracali do miejsc swego życia, do miejsc swego powołania przez Pana. Musiał być niepokój o przyjęcie z powrotem, bo w zasadzie to z czym wracali? Tak po ludzku byli przegrani. Jednak sądzę, że ta droga powrotna, to droga przejrzenia na oczy, bo idąc z Jezusem nie mieli czasu na zrozumienie tego co mówił. Teraz zapewne miotały nimi sprzeczne emocje. Z jednej strony poczucie opuszczenia przez Jezusa, poczucie uczestnictwa w czymś niebywałym, ale jakby niedokończonym dziele chwały, obawa przed przyjęciem przez najbliższych i otoczenie, z drugiej strony z świadomością, że Jezus Zmartwychwstał, że jest Synem Bożym, że jedli, pili, spali, dotykali Boga.

Ta powrotna droga musiała być pełna refleksji, to była największa katecheza w ich życiu. Odkrywali to co im umykało na co dzień gdy Jezus była namacalnie z nimi, w tym zagonieniu, wśród zgiełku tłumów które musieli czasami odganiać od Jezusa. To co się stało, to ich przerosło, Zmartwychwstanie, zbawienie, odkupienie, którego byli świadkami nie do końca świadomymi. Ten który ich trzymał w jedności znikł, nie ma ciała, znikło i a kobiety mówią, że żyje. Ewangelia nie jest pisana po to, aby była przewodnikiem po historii. To żywe Słowo. Te dzisiejsze słowa o powrocie do domu, do miejsca powołania są jak najbardziej skierowane do nas.  Mamy wrócić, przenalizować naszą drogę z Bogiem, zobaczyć czy przypadkiem nie poszliśmy w inną stronę. Mamy wrócić do życia, do rodziny. Pytanie zadajmy sobie przy tym powrocie – jako kto mamy wrócić? Odpowiedź jest jedna – jako świadkowie Zmartwychwstania Jezusa.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Moje Getsemani

Jakbym tam był. Doczekaliśmy się. Nareszcie przybył. Jest tu. Radość. Jezu, zasnąłem, razem z tymi apostołami co mieli czuwać przy Tobie, a Tyś jak każdy z nas przeżywał rozterki. Wiedziałeś co Cię czeka i tak po ludzku chciałeś tej męki uniknąć. Rozumiem to, bo jestem człowiekiem. Radość z Twego przybycia, radość przedwczesna. Zabrali Cię, a zdrajca był jednym z Twoich uczniów. Czemu, mu pozwoliłeś na to? Teraz wiem – posłuszeństwo, pokora to sens miłości.  Uwięzili Cię. Zmasakrowali fizycznie, poniżyli. Patrzę z daleka, aby ktoś nie powiedział – „To jeden z nich”.  Boimy się, uciekamy, wyrzekamy, siedzimy w kącie. Wstydzimy się siebie, za brak odwagi dawania świadectwa, za nasze wybory (grzechy, zaniechania dobra)

 

Tak dłużej nie można, trzeba wyjść i spojrzeć Bogu w oczy, aby usłyszeć siebie. Widzę Go. Niesie krzyż. Zasłaniam twarz i łzy, aby Ci co dziś triumfują nie zauważyli. Nie, właśnie nie, musze tę zasłonę zedrzeć dziś z siebie.   Dziś powinienem płakać za moje grzechy, wykrzyczeć je tak głośno, że Pan się obróci i powie – „Wiem, Ja wszystko wiem, a teraz dobrze, że i Ty wiesz. Niosę Twoje grzechy. Czy jesteś gotów trochę je ponieść”. Biegnę, biorę ten krzyż. Jaki jest ciężki, jaki przytłaczający. Chce się go odrzucić i zostawić Bogu. Czy tak się nie dzieje? Zostawiamy grzechy Bogu i dalej biegniemy przez życie, kolejny grzech upadek, ale nas jakoś nie boli. Boli Jezusa, boli Boga. On bierze za mnie ten ból. On je dźwiga, a sam upada.  Szedłem za Nim, aż tam na Golgotę.  Bezsilny, niedowierzający, że to jest prawdą, że można Boga ukrzyżować. Jezus wyzionął ducha. Kolana się sam uginają. To co się tym momencie stało – „A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół…” wszystkich przeraziło, wstrząsnęło. Tylko dlaczego to właśnie nie kto jak setnik i jego ludzie powiedzieli „Prawdziwie, ten był Synem Bożym” - czemu oni, a nie ja?  Oni, poganie, zaborcy, zrozumieli co się stało i kogo wedle rozkazów ukrzyżowali. A ja … pozwoliłem. Może uda mi się dziś, tu i teraz wrócić do Getsemani. Być pośród tych wiekowych drzew oliwnych i modlić się, prosić Boga o to abym umiał wypełniać Jego wolę w każdym momencie życia. Może nawet i kłócić się z Nim o moje życie, ale przede wszystkim zauważyć i przyjmować Jego wolę. Szczególnie dziś w dobie pandemii bardziej rozumiemy tą samotność Jezusa, człowieka, który zna swe w przeznaczenie, rozumiemy Jego pokorę, Jego posłuszeństwo. Może to jedyne dobre cechy tego co się dzieje – tej pandemii. Słowa jak pokora, posłuszeństwo, nabierają na nowo znaczenia. Te słowa zatraciły swój sens, swoją rangę. To z perspektywy tej nocnej modlitwy Jezusa na wzgórzu, gdzie jest do dziś ten oliwny gaj, należy patrzeć na Zmartwychwstanie. Tam w Getsemani, na tej modlitwie, pełnej zawierzenia Bogu, pokory rozpoczęło się działo Zmartwychwstania. Jezus, jako człowiek się nie poddał tylko dla tego, że było Getsemani. Tamta modlitwa była przygotowaniem na Zmartwychwstanie.  My też musimy być przygotowani i wsłuchani w wolę Bożą. To jest sens mojego Getsemani – przygotowanie mojego Zmartwychwstania.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Bądźmy jak Józef.

Dziś mężczyźni w zasadzie nasze święto bo dziś Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Na ile utożsamiamy się z Św. Józefem? Któż to taki ten milczący Józef, opiekun Jezusa, mąż Najświętszej Maryi Panny.

 

Plany Józefa, na życie z ukochaną Marią, takie ludzkie plany jak ma każdy z nas, po prostu runęły. Bóg tak w Ich życie zaingerował, że je wywrócił do góry nogami, a w dodatku to Ich nowe życie nie było usłane różami. Teraz tak po męsku, to musiała być miłość, zarówno do Boga jak do Maryi i w tej kolejności. Józefowi miłość osobista do Maryi, nie przesłoniła miłości do Boga. Co najważniejsze w miłości – stałość, wierność. W obu przypadkach się Józef sprawdził. Dziś Abp Grzegorz Ryś mówił (a propos św. Józefa) jak powinno wyglądać posłuszeństwo, bo Józef był bez wątpienia posłuszny.

 

Abp G.Ryś zwrócił uwagę na ciekawa relację posłuszeństwa pomiędzy Józefem a Jezusem -  „Trzeba nam podziwiać Józefa, bo jest przełożonym kogoś, kto jest większy od niego. On był przełożonym wcielonego Boga, a Jezus w tym posłuszeństwie umiał wzrastać”. I co tu teraz dodać? Jakimi my „Józefami” jesteśmy? Czy przy nas nasze dzieci, małżonka, wzrastają w wierze, miłości, umiejętnościach, charakterze, itd.? Czy w pracy nasi współpracownicy, a może podwładni przy nas wzrastają, stają się lepsi, mają ten „Józefowy” przykład jak być bożym facetem.? Tak myślałem dlaczego anioł Pański przyszedł do Józefa we śnie, a nie na jawie. Józef był cieślą. To nie jest  zawód łatwy.  Trzeba pomyślunku, wiedzy, siły, wyobraźni, zręczności, i też nie bał się wysokości, odpowiedzialności ( aby ten dach nie runął). 

 

Jakbym tak kreślił osobowość to nie mógł być to „Dyzio marzyciel”, tylko twardo stąpający po ziemi facet, który miał swoje słuszne zdanie (pewność i trafność decyzji  musiała być cechą cieśli). Kto chce z takim twardzielem dyskutować, nawet anioł nie bardzo


Przyprowadzić innych do Boga

Rozmowa kobiety z Jezusem przy Jakubowej studni zrobiła na niej takie wrażanie, że zapomniała po co przyszła. Zostawiła naczynie na wodę poleciała do miasta, aby obwiesić, że spotkała Mesjasza.  Ta kobieta nie dość ze była samarytanką, to jeszcze nie żyła obecnie z jej mężem. Żyd w zasadzie nie powinien z kobietą, a tym bardzie samarytanką rozmawiać. To ta grzesznica można powiedzieć pośrednio powoduje nawrócenie miasta. Dlaczego tak się stało? Kobieta powiedziała „Powiedział mi wszystko, co uczyniłam” i to przekonało innych. Czy w dzisiejszych czasach wystarczyłoby to powiedzieć, aby ludzie się nawrócili i powiedzieli „On prawdziwie jest Zbawicielem świata”. Kobieta odbyła spowiedź życia, wyzwoliła się.  Dziś to spotkanie przy studni siłą rzeczy nabiera innego spojrzenia, bo powszechnie nad umysłami zapanował koronowirus. Boimy się śmierci, boimy się cierpienia, odosobnienia, samotności (bo tak się stanie, gdy będziemy zarażeni – bliscy będą mieli kwarantannę w domu; żadnych odwiedzin). Nie jesteśmy na to przygotowani, szczególnie na izolację, samotność, bezradność. W takim stanie była też ta samarytanka. Żyła z mężczyzną nie w związku małżeńskim. Mocno się czuła wyobcowana, samotna, izolowana, pokazywana palcami w środowisku, skoro do studni poszła w południe, nie rano. Unikała ludzi, „bo wszyscy wiedzieli, jak się prowadzi”. Jezus jako żyd w ogóle nie powinien mówić z kobietą a tym bardziej z samarytanką. Jezus tym czasem prowadzi z kobietą dialog o jej życiu. Kobieta nie uciekła w popłochu, nie powiedziała „to nie Twoja sprawa, to moje życie”, a wręcz przeciwnie - rozpoznała Mesjasza. Może jeszcze nie wszyscy uczniowie rozpoznawali w Jezusie Mesjasza, a ta grzesznica tak. Bóg daj się poznać każdemu, począwszy od największego grzesznika. Bóg nie odpycha tych co chcą się zmienić. Działa jednak radyklanie, bo nie można być na tak i na nie jednocześnie. Przy tej Jakubowej studni była spowiedź życia. Nie wiemy, czy kobieta zmieniła swoje życie, ale na pewno przyczyniła się do pozytywnej zmiany życia wielu innych.  Czy można wyciągnąć wniosek, że nasz grzech nie stoi w przeszkodzie, aby nawrócić innego grzesznika, bo nie tyle my, co Bóg działa. Bóg działa na innych poprzez nas grzesznych. Ważne więc spostrzeżenie, że inni patrzą na nas szukając w nas Boga. Tak właśnie, popatrzmy na siebie jako nie tylko na grzeszników, ale na tych co mogą przyprowadzić innych do Boga, mimo naszych grzechów.   To jest misja naszej codzienności. Może to dobre postanowienie na Wielki Post. Nawet koronowirus nam nie powinien poszkodzić w tej misji, bo mamy teraz czas, że więcej go możemy spędzać z rodziną, a tu mamy dopiero jazdę, bo przecież każdy nas zna, a kto uwierzy prorokowi w jego ojczyźnie.  Samarytanka dała radę, to dlaczego nie ja.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Przyprowadzić innych do Boga

Rozmowa kobiety z Jezusem przy Jakubowej studni zrobiła na niej takie wrażanie, że zapomniała po co przyszła. Zostawiła naczynie na wodę poleciała do miasta, aby obwiesić, że spotkała Mesjasza.  Ta kobieta nie dość ze była samarytanką, to jeszcze nie żyła obecnie z jej mężem. Żyd w zasadzie nie powinien z kobietą, a tym bardzie samarytanką rozmawiać. To ta grzesznica można powiedzieć pośrednio powoduje nawrócenie miasta. Dlaczego tak się stało? Kobieta powiedziała „Powiedział mi wszystko, co uczyniłam” i to przekonało innych. Czy w dzisiejszych czasach wystarczyłoby to powiedzieć, aby ludzie się nawrócili i powiedzieli „On prawdziwie jest Zbawicielem świata”. Kobieta odbyła spowiedź życia, wyzwoliła się.  Dziś to spotkanie przy studni siłą rzeczy nabiera innego spojrzenia, bo powszechnie nad umysłami zapanował koronowirus. Boimy się śmierci, boimy się cierpienia, odosobnienia, samotności (bo tak się stanie, gdy będziemy zarażeni – bliscy będą mieli kwarantannę w domu; żadnych odwiedzin). Nie jesteśmy na to przygotowani, szczególnie na izolację, samotność, bezradność. W takim stanie była też ta samarytanka. Żyła z mężczyzną nie w związku małżeńskim. Mocno się czuła wyobcowana, samotna, izolowana, pokazywana palcami w środowisku, skoro do studni poszła w południe, nie rano. Unikała ludzi, „bo wszyscy wiedzieli, jak się prowadzi”. Jezus jako żyd w ogóle nie powinien mówić z kobietą a tym bardziej z samarytanką. Jezus tym czasem prowadzi z kobietą dialog o jej życiu. Kobieta nie uciekła w popłochu, nie powiedziała „to nie Twoja sprawa, to moje życie”, a wręcz przeciwnie - rozpoznała Mesjasza. Może jeszcze nie wszyscy uczniowie rozpoznawali w Jezusie Mesjasza, a ta grzesznica tak. Bóg daj się poznać każdemu, począwszy od największego grzesznika. Bóg nie odpycha tych co chcą się zmienić. Działa jednak radyklanie, bo nie można być na tak i na nie jednocześnie. Przy tej Jakubowej studni była spowiedź życia. Nie wiemy, czy kobieta zmieniła swoje życie, ale na pewno przyczyniła się do pozytywnej zmiany życia wielu innych.  Czy można wyciągnąć wniosek, że nasz grzech nie stoi w przeszkodzie, aby nawrócić innego grzesznika, bo nie tyle my, co Bóg działa. Bóg działa na innych poprzez nas grzesznych. Ważne więc spostrzeżenie, że inni patrzą na nas szukając w nas Boga. Tak właśnie, popatrzmy na siebie jako nie tylko na grzeszników, ale na tych co mogą przyprowadzić innych do Boga, mimo naszych grzechów.   To jest misja naszej codzienności. Może to dobre postanowienie na Wielki Post. Nawet koronowirus nam nie powinien poszkodzić w tej misji, bo mamy teraz czas, że więcej go możemy spędzać z rodziną, a tu mamy dopiero jazdę, bo przecież każdy nas zna, a kto uwierzy prorokowi w jego ojczyźnie.  Samarytanka dała radę, to dlaczego nie ja.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Pierwsza Niedziela Wielkiego Postu 2020

Posłuszeństwo

 

     Dzisiejsze czytania krążą wokół kuszenia, jego skutków i sposobu odparcia kuszenia. To niełatwa sprawa, umieć kuszenie zauważyć i go odrzucić. Szatan dostosowuje poziom kuszenia do nas, naszych pragnień, naszej wiedzy, a nawet bieżących potrzeb. Kuszenie jest zawoalowane tak, aby wydawało się normalną potrzebą, nie grzechem. Szatan kusił Jezusa, roztaczając przed Nim potęgę władzy nad tym światem i skorzystanie z przywilejów Boga, bo wiedział, że ma do czynienia z Bogiem. Dostosował poziom kuszenia do pozycji człowieka. Ewę szatan skusił owocem z drzewa, a Adama nie musiał, bo Adam przyjął zakazany owoc nie pytając się skąd go Ewa ma (to grzech zaniechania, ślepota na grzech).  Szatan kusi tym co jest wokoło nas, a może się stać przyczyną naszego upadku. Jedzenie to bieżąca potrzeba, więc kuszenie Ewy poprzez zdobne szaty, lub jakieś złote ozdoby nie miało sensu, bo to nie było zwykłą potrzebą, nie stanowiło wartości w raju. Zobaczmy jak pięknie Ewa opisała zakazany owoc – „drzewo to ma owoce dobre do jedzenia, że jest ono rozkoszą dla oczu i że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy”.

     Czy ktoś dziś się zachwyca się tak owocami, no nie, bo mamy inne bieżące potrzeby, które szatan wykorzystuje abyśmy stwierdzili, że to coś, co pragniemy (a jest zakazane dla naszego dobra), spowoduje, że będziemy w czymś lepsi, więksi niż inni, zdrowsi, bogatsi itd. Ułuda sukcesu życiowego. Z chwilą, gdy pokusa się urealni w postaci grzechu nagle widzimy, że jesteśmy nadzy. Bieżąca potrzeba stała się przesłanką do grzechu. Ewa i Adam nie widzieli swej nagości aż do grzechu, bo była dla nich stanem normalnym, nie było podstaw do wstydu. Jak zgrzeszymy to pojawia się wstyd, bezsensowna (bo niby gdzie mielibyśmy uciec?) ucieczka przed Bogiem i przed bliskimi. Chcielibyśmy przedmiot naszej zguby zakopać, zniszczyć, wymazać z pamięci, a tego się nie da. Bóg w swym miłosierdziu może nam wybaczyć, bliscy tak samo, a my sami sobie już nie koniecznie i chodzimy potem jak półtorej nieszczęścia pełni złości, poczucia wstydu i upadku. To jest cel działania szatana tu na ziemi.  Bóg nas kocha, ale jako dobry Ojciec nie może puszczać płazem ważnego występku, dlatego Adam i Ewa poszli precz z raju. Koniec sielanki, bo mieli wszystko co im było do szczęścia potrzebne, a sami to zaprzepaścili (oboje – nie tylko Ewa).

     Abyśmy my nie zaprzepaścili własnego szczęścia to musimy podjąć czujną walkę z pokusą (to są te postanowienia wielkopostne).  Jak się bronić przed pokusą.? Jak się bronił Jezus – Słowem Boga. To samo Słowo znał dobrze szatan, a chciał je wykorzystać przeciw Jezusowi. Nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Szatan nam podpowiada, że przecież to taka słabostka, że inni też tak robią, że przecież nie jesteśmy gorsi od innych, aby …, trochę swobody nie zaszkodzi, trochę plotkowania nie zaszkodzi, trochę pooglądania „gołych bab” nie jest od razu zdradą, trochę fuszerki nie wadzi, aby tylko nikt nie widział…. Właśnie, grzech jest naszą ślepotą na Boga. Tak nas skusi nasza żądza, pragnienie, że zapominamy, że jest Bóg, tuż obok. Mamy nadzieję, że Bóg się na chwilę zdrzemnie? Obrona przed kuszeniem poprzez Słowo jest na pewno skuteczna, ale czy czujemy się na tyle silni w Słowie, że wiemy co mamy sobie przypomnieć z Słowa, aby nie zgrzeszyć?

     Mamy narzędzia inne jak Dziesięcioro Przykazań, Przykazania Kościelne i wiele innych skondensowanych zapisów o zasadach postępowania zgodnych z Słowem, które warto sobie przypomnieć przy kuszeniu. Wystarczy wziąć skarbczyk i zajrzeć na pierwsze strony. Zasadnicza sprawa, aby nie rozpocząć realizacji albo się w porę wycofać z realizacji kuszenia, czyli zachować trzeźwość serca i umysłu. Szatan nas tak omamia pokusą, że przenosimy się w inny świat, a potem się okazuje, że to świat iluzoryczny, chwilowy, nierzeczywisty, świat naszej zguby. Co jest zasadniczą cechą Jezusa człowieka, że nie poddał się kuszeniu – posłuszeństwo. Św. Paweł pisze „Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi.” Tak więc trzeźwość serca i umysłu jest podparta posłuszeństwem. Nauczmy się być posłuszni Bogu. Może to jest to najważniejsze wezwanie na Wielki Post. Posłuszeństwo w każdym wymiarze, w każdym miejscu i sytuacji.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Postanowienia na Wielki Post. Środa Popielcowa 2020r

Modlitwa, post, jałmużna to filary życia chrześcijanina. Szkoda, że znak krzyża zrobiony popiołem nie zostaje nam na czole dłużej niż do wieczora Środy Popielcowej.

 

     Często postanowienia wielkopostne, zostają tak samo potraktowane jak postanowienia noworoczne, czyli stanowią powtarzającą się historią ich niedotrzymywania z powodów … i tu już dochodzimy do momentu, gdzie mamy mistrzostwo w usprawiedliwianiu. Prorok Joel mówi „Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty!” a św. Mateusz napomina w podobnym tonie „Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli”. Jeżeli Wielki Post ma być WIELKI to Bóg musi być jego centrum, a nie my i nasze czasem infantylne postanowienia, nasza samorealizacja. Bóg nas traktuje poważnie, jak przystało na Ojca. Ojciec przytuli, a nawet się pobawi i powygłupia, ale ma zasady, jest twardy kiedy trzeba. Wielki post to nie kolejna okazja do odchudzania, ale jest okazją do walki z grzechem nieumiarkowania w jedzeniu i piciu.  Tak samo Wielki Post nie jest okazją, aby walczyć z oglądaniem pornografii, ale z walką z grzechem nieczystości. Nie jest okazją do nauki języka, ale do walki z grzechem lenistwa.  Nie jest okazją do umówienia się na piwo, ze szwagrem, którego się nie cierpi, ale okazją do walki z gniewem czy pychą lub zazdrością. Nie jest okazją do większej daniny na tacę, ale okazją do walki z chciwością czy też pychą. My mężczyźni szczególnie jesteśmy zobowiązani do tego, aby nasze postanowienia nie były słomianym zapałem, nie myliły przyczyny lub skutku z celem. Celem naszego życia jest osiągnięcie nieba, a nie bylejakość i dotrwanie do dnia Sądu Ostatecznego w błogim przekonaniu, że przecież nikogo nie zabiłem, nie kradłem, nie cudzołożyłem, więc jestem ok. Wielki Post ma nam „rozdzierać serce”, a aby do tego doszło to jednak zacznijmy od rozeznania, co takiego jest powodem, że jestem taki wspaniały, albo taki zły.

     Na początku więc, rozeznajmy co Bóg od nas oczekuje. To rozeznanie ma nam „rozdzierać serce”.  Zawsze zaczynajmy od modlitwy, a jałmużna i post przyjdą potem z tego co wymodlone. Jak jałmużna i post pochodzą od naszych potrzeb zaspokojenia swych ambicji bycia lepszym, a nie wskazań rozeznanych z modlitwy to wtedy mamy postanowienia infantylne, błahe, tylko samorozwój, a to znaczy, że nie szanujemy Ojca. Tuż po słowach dzisiejszej Ewangelii jest przytoczona modlitwa Pańska w której mówimy „niech Twoja wola spełnia się na ziemi, tak jak i w niebie”. To jest sedno rozeznania – „Twoja wola” Jezu.

     Rozmawiajmy z Bogiem jak naprawić nasze życie i spełniajmy Jego wolę. To może się wydawać na początku trudne, ale w tym, aby spełnić Jego wolę okazuje się pomocny post i jałmużna. Post to nie radyklane umartwianie się, ale walka z własną pożądliwością, pychą, zazdrością itd. na całej linii frontu naszej walki z tymi grzechami które nas niszczą, z nieprzestrzeganiem Prawa Bożego. Działanie wybiórcze, że np. nie będę pił alkoholu, jadł słodyczy, oglądał zbereźnych filmów, przy jednoczesnym plotkowaniu (obawianiu), wykonywaniu swej pracy w sposób niesolidny, braku poszanowania dla rodziców, małżonki lub dzieci, np. braku rozmawiania z nimi, to wszystko oznacza, że nie wiemy co to jest post.

     Post to takie wyważenie miłości własnej, aby korelowała z miłością bliźnich (w tym do tych co nas skrzywdzili), a przede wszystkim do Boga. Módlmy się, aby nasze postanowienia nie był takie, że jak pisze Św. Mateusz „przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda!”. Jak już wymodlimy nasze „postne” postanowienie to też wymódlmy naszą jałmużnę. Tu sprawa czasami jest rozumiana jednoznacznie, że dotyczy pieniędzy.  Pieniądze ofiarowane na rzecz biednych, czy też np. zakonów kontemplacyjnych, chorych dzieci itd. to dobrze ulokowane pieniądze. Tymczasem jałmużna to dawanie siebie.  Pieniądze są efektem naszej pracy i też są sposobem dawania siebie (jałmużny), ale najpiękniejszym sposobem dawania siebie innym jest poświęcony im nasz czas, oddanie swoich talentów (przecież dane są od Boga).

     Tak więc jałmużna to nie tylko pieniądze, ale coś co dziś jest najbardziej cenne – czas. Ochłońmy z zagonienia i zbliżmy się nie tylko do najbliższych, ale i tych którzy gdzieś są na obrzeżach naszej codzienności. Podsumowując,  przygotujmy się do Wielkiego Postu, aby nie był kolejną akcją (nawet na 40 dni), ale stał się naszym wzrastaniem w wierze i drodze do nieba. Nasze postanowienie Wielkopostne ma się zamienić w codzienność na chwałę Boga.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


VI Niedziela zwykła - 16.02.2020r

Rozpoznanie sercem.

 

Wiemy, że Ewangelia Św. Mateusza była głównie przeznaczona dla żydów. Dlatego tam tak wiele przywołań Starego Testamentu, odniesień do zwyczajów i obyczajów. Ta Ewangelia miała przemówić przede wszystkim do żydów, że Jezus to ten na którego czekali.

Dzisiejsza Ewangelia w pełni się wpisuje w ten kształt, bo Jezus dziś wprost mówi „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków”. Mówi więc - z Was się wywodzę, nie jestem obcy, przestrzegam waszych reguł życia, waszych zasad, a to są zasady dane przez Boga. Wręcz mówi – „Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić.” i dalej „Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni”. Potem Jezus powtarza im i nam kilkakrotnie „Zaprawdę powiadam” i bezpośrednio wyjaśnia, jak spłyciliśmy, ograniczyliśmy Boże przykazania dla własnej wygody, pychy, lenistwa itd.

Mówimy, że prawo jest prawem, ale jak jest nieżyciowe to należy żyć po swojemu. Tak było, tak jest i będzie. Naginanie prawa, dostosowywanie do chwili, do bieżących potrzeb jest znane. Z drugiej strony literalne stosowanie prawa jest jego zubożaniem, bo jak widać Jezus poszedł szeroko z znacznie „Nie zabijaj”, „Nie cudzołóż”, „Nie będziesz fałszywie przysięgał”. Zarówno wtedy jak i teraz tak szerokie pojęcie tych grzechów (i innych również) jakie przedstawił Jezus, budzi sprzeciw wielu, dla wielu to ograniczenie wolności, swobody wypowiedzi itd. Człowiek zaczyna żyć po swojemu, wg własnych reguł, które bazują na Prawie Bożym, ale to tylko baza, nic konkretnego, zobowiązującego. Tak się pogrążamy i idziemy w śmierć. Księga Mądrości Syracha mówi „Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się spodoba, to będzie ci dane.”.

Wolność nam dana może stać naszą drogą ku Bogu, życiu wiecznemu albo drogą do śmierci. „Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć.”, to jest nasz wybór. Po pierwsze więc aby nie ulegać pokusie życia po swojemu, tak jakby Boga nie było.  Po drugie żyć po Bożemu, czyli aby nie tylko się bać popełnienia grzechu widocznego dla innych, na zewnątrz, w sposób namacalnych dowodów grzechu, ale unikać grzechu na etapie zamiaru i nie tylko tego literalnego, ale głębiej, szukać głębiej w sercu, w umyśle, w zamiarze uczynienia zła. Zamiaru uczynienia zła nie widać na zewnątrz, można ukrywać swoją prawdziwą twarz przed ludźmi, ale nie przed Bogiem, „Ponieważ wielka jest mądrość Pana, ma ogromną władzę i widzi wszystko”.

Bądźmy jak dzieci, które czują miłość i respekt do rodzica (dziś takie relacje by się bardzo przydały w rodzinach). Kiedy dziecko coś zrobi źle to się chowa, ale potem przybiega i tuli się mówiąc, że kocha i pyta się czy się je kocha, mówi samo co zrobiło źle i prosi, aby mu przebaczyć. One wyczuwają, że coś zrobiły źle sercem, a nie szukają uzasadnienia, czy aby na pewno to co zrobiły jest złe. Bądźmy jak te dzieci.

Módlmy się słowami psalmu „Naucz mnie, Panie, drogi Twoich ustaw, bym ich przestrzegał do końca. Ucz mnie, bym przestrzegał Twego Prawa i zachowywał je całym sercem.” Przestrzeganie do końca, całym sercem, to znaczy wyczerpująco co do znaczenia, a nie tylko litery. Rozpoznawajmy grzech sercem zanim go popełnimy.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski.

 

 


Smak życia

Podbijanie smaku życia.

 

Skąd byli apostołowie, gdzie ich Jezus powołał apostołów? Nie w centrum życia religijnego, nie w Jerozolimie, czy nawet Judei, ale nad jeziorem Genezaret, w Galilei. Tam, w Galilei się wychował, a przecież jest napisane „Czyż może być co dobrego z Nazaretu?.  Po drodze do Jeruzalem mamy Samarię, a wiemy jak o samarytanach mówili „pobożni żydzi”. Czyli Galilea to dla „prawdziwego żyda” zaścianek.

Bóg współdziała w zbawieniu nie z tymi uczonymi, nie z rabinami, nie z służbą świątynną, ale z zwykłymi rybakami, a nawet takimi grzesznikami jak celnik.  Zaczyna wśród ludzi z zaścianka Kościoła i ich wybiera na „sól tej ziemi”. Ryzyko, tak po ludzku ogromne, aby dać w ręce pospólstwa (rybak to nie uczony w piśmie) tak ogromną odpowiedzialność jak misja kontunuowania dzieła niesienia Ewangelii. Bóg zaryzykował i miał rację  - bo ich znał, a więcej nadał im nowe imiona, aby kompletnie zostawili za sobą to co było. Jezus kończąc przemówienie o błogosławieństwach które jest tak naprawdę drogowskazem życia każdego, zwraca się do uczniów „Wy jesteście solą ziemi …. Wy jesteście światłem świata”. Jednocześnie mówi „Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.”

Jest to ostrzeżenie przed pychą, przed sprzeniewierzeniem się misji jaka ich czeka i skutkami gdyby się tak stało. Apostołowie mają być wzorem i muszą sobie zdawać sprawę, że zawsze będą pod obserwacją ludzi, czyhających na ich potknięcie. (nic się nie zmieniło – kapłani, Kościół jest pod czujnym „nadzorem”). Podstawowe zadanie apostołów -  „Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.

Co to znaczy nieść światło doskonale mówi prorok Izajasz –„Dziel swój chleb z głodnym, do domu wprowadź biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwracaj się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!” Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem'. Przytoczyłem dzisiejsze czytanie w całości, bo nie można wręcz rąbka uszczknąć. Tak jest wyraziste, pełne treści i a streszczanie byłoby barbarzyństwem upraszczania. Zobaczcie jakie skutki ma niesienie światła „Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!”. Pan odpowie, a trzeba tak niewiele tylko zauważyć człowieka obok. Nie kalkulować czy się opłaca, nie odwracać głowy, nie pouczać, nie zasłaniać się brakiem czasu. Być dla drugiego człowieka. Chociażby ten ostatni akapit- „nie odwracaj się od współziomków” – czy nie masz z tym problemu?. Kiedy zainteresowałeś się (nie aby obgadać) sąsiadem, współpracownikiem jak widzisz że jest smutny i coś go dręczy, zagadnąłeś do kolegów, koleżanek z którymi niby nie masz o czym mówić.

Bóg nie wymaga czegoś ponadludzkiego, ale zwyczajnego bycia człowiekiem jak to się popularnie mówi. Być sola ziemi, być światłem świata to nie błyszczenie w fleszach, bycie w centrum zainteresowania mediów, czy nawet lokalnych „wszystkowiedzących ciotek”  (dla równowagi może być i „wujków”), ale zauważanie ludzi wokoło i bycie dla nich. Tak naprawdę trzeba zacząć od swojej rodziny – zauważyć żonę, dzieci i im poświęcać więcej czasu niż przerwa w meczu piłkarskim.

Zacznijmy nieść światło i nadajmy smak życiu naszej rodziny będąc solą która uwypukli wszystkie dobre walory żony, dzieci, rodziców a nawet teściowej

Niedziela - Święto ofiarowania Pańskiego, 02.02.2020r

Mój Bóg.

 

Bóg przniesiony do świątyni. Maryja i Józef przestrzegają prawa. Nie wywyższają się, nie próbują stawać ponad prawem. Postawmy się w Ich sytuacji dziś. Jakbyś zareagował na wieść, że opiekujesz się Mesjaszem? Pokusa celebryty jest ogromna. Pokusa wywyższania się pod przykrywką, że to dziecko jest Mesjaszem, a ja się nim opiekuję, jestem taki jest wspaniały, całe moje życie jest dla niego – naprawdę, to po co ten medialny szum? Maryja i Józef i dziś nie rozpychaliby się łokciami, nie oczekiwaliby ukłonów, pierwszych stron, oglądalności na portalach. 

Również i dziś poszliby do Świątyni z Jezusem. Być zwyczajnym jednocześnie nadzwyczajnym dzięki bliskości Boga. Nie tylko mogli doświadczyć tej bliskości cielesnej (jak to bywa z małym dzieciątkiem), ale i tej duchowej.

To dzisiejsze święto przedstawia nam jeszcze jeden obraz – tłum ludzi przed świątynią (skoro tam były kobiety to przed) i dwoje z nich natchnionych przez Ducha Świętego znajduje Maryję, Józefa i dzieciątko, w którym rozpoznają Boga. Pomyślmy, jak to było. Jak ktoś był w Jerozolimie, a tym bardziej w okolicach byłej Świątyni (czyli obecnie kawałka muru w postaci Ściany Płaczu) to zdaje sobie sprawę z tłumów (nie tylko turystów) modlących się tam żydów. Jak można rozpoznać osobę nieznajomą.  Nie da się, bo nie wiadomo kogo szukać. Oni wiedzieli, bo szukali Boga, a nie niemowlęcia, matki, ojca. Duch Święty musiał im wskazać, bo inaczej by tam stali do dziś czekając na spełnienie swoich wyroczni. Nie chodźmy do kościoła z przypadku, z przyzwyczajenia, z potrzeby dobrego samopoczucia lub dla kogoś innego, aby podnieść swoją wartość w sposób fałszywy.

Chodźmy do Kościoła, aby tam spotkać Boga. Idźmy tam natchnieni przez Ducha Świętego. Idźmy do Kościoła w wierze, aby spełnić przykazania Boże, Kościelne (tak samo jak Maryja i Józef). Natchnienie Ducha świętego miejmy przygotowując się do tego wyjścia. Przecież idziemy na spotkanie z Bogiem, na ucztę, to czemu mamy się nie przygotowywać tak jak się przygotowujemy na wyjście na urodziny, na spotkanie z przyjaciółmi. Przecież na te spotkania się porządnie ubieramy, zabieramy jakiś podarunek, mamy w zamyśle o czym to będziemy opowiadać, czym się będziemy dzielić. Po prostu się przygotowujemy. Tym bardziej przygotowujmy się na spotkanie z Bogiem w kościele, bo tam jest Kościół, czyli my i Bóg. W jaki sposób? Po pierwsze spowiedź (to jak umycie się, ogolenie, uczesanie, a kobiety jeszcze pomalowanie), czyste serce. Przeczytania liturgii czytań – to 10 minut, a aplikacji na smartphonie dotyczących codziennych czytań jest ogrom. Tylko dotknąć ekranu, który i tak dotykamy 10 razy na 10 minut, albo przynajmniej często. Liturgia Słowa to jest jak przygotowanie do rozmów towarzyskich, bo przecież idę na spotkanie, aby pogadać, a nie pomilczeć, obserwować, aby potem obgadać, kto jak się zachowywał lub był ubrany i jakie to głupoty były na kazaniu.  Jak otwieramy lekturę Słowa to jakoś zawsze pojawia się ON - Duch Święty. On jest i z grzeczności, a i przyzwoitości, aby nie pobłądzić należy zaprosić Ducha Świętego, aby nam towarzyszył w naszych rozważaniach. Tak przygotowani możemy wyjść na spotkanie. Gotowi?

 Boże przyjdę do Ciebie, bo znów mnie zaprosiłeś. Cieszę się że znów mogę iść do Ciebie. Idę i jestem przygotowany, bo wiem, że Ty na mnie czekasz, jak na przyjaciela.  Ja grzesznik przychodzę tu do świątyni dla Ciebie, i tylko Ciebie tu widzę, tylko Ciebie tutaj szukam i zawsze znajduję. Bo Ty jesteś który jesteś - mój Bóg. Amen.

 

Szczęść Boże

Krzysztof Wróblewski


Zapamiętaj mnie (90 dni)

Aby uzyskać dane do logowania zadzwoń: 32 733-39-42